W miniony weekend Warszawa zamieniła się w stolicę dobrych trunków. Jeśli myślicie, że festiwal whisky to tylko dymne Islay i torfowe Highlandy, to jesteście w błędzie. To, co zobaczyłem na tegorocznej edycji, to prawdziwa uczta dla podniebienia i lekcja historii w jednym. Było klasycznie, było nowocześnie, a nawet… było bardzo słodko. Zabieram Was w krótką podróż przez moje degustacyjne notatki!
Powrót do korzeni: J.A. Baczewski „Suweren”
Zacząłem niekoniecznie od whisky, ale od czegoś, co dla polskiego (i lwowskiego!) podniebienia jest absolutną klasyką. Na stoisku z historycznymi trunkami wpadła mi w ręce butelka J.A. Baczewski „Suweren”. To specjalność domu, której korzenie sięgają Lwowa z 1782 roku.
Zamiast ciężkiego whisky, w nos uderzył orzeźwiający aromat skórki pomarańczowej. To 40-procentowy trunek, który smakuje jak historia – elegancki, cytrusowy i niezwykle pitny. Idealny aperitif przed „poważniejszymi” degustacjami.

Szkocka Szkoła: Tullibardine i Adelphi
Nie mogło zabraknąć Szkocji. Przystanąłem przy stoisku z Tullibardine Highland Single Malt. Przetestowałem dwie wersje:
15 Years Old: Solidna, gładka whisky.
18 Years Old: Dojrzewana w beczkach po Bourbonie i Sherry. To była strzał w dziesiątkę – głęboki kolor, nuty sherry i piękna równowaga.
Dla fanów „dymu” i torfu przygotowano jednak inną propozycję – Adelphi’s Islay 10 Years Old. To Single Malt z destylarni Caol Ila, butelkowany przez niezależnego bottlera Adelphi. 10 lat w beczce, naturalny kolor i brak filtracji na zimno (unchill-filtered) sprawiły, że w szkle wylądował esencjonalny, morski Islay w najlepszym wydaniu.


Eksperyment: Carpathian i Japoński Dąb
Największe zaskoczenie wieczoru? Butelka Carpathian Single Malt Whisky. To whisky z Rumunii, ale z japońskim akcentem. Mowa o edycji Japanese Cask Collection, leżakowanej w beczce Mizunara Oak (japoński dąb). Beczki Mizunara są świętym graalem w świecie whisky – drogie, trudne w obróbce, ale dają niesamowite nuty sandałowca i kadzidła. Tutaj master distiller Allan Anderson połączył karpacki spiryt z japońską technologią. Wersja z beczki nr 9009 to prawdziwa ciekawostka dla kolekcjonerów.

Na deser: Serum z Panamy
Na sam koniec, gdy podniebienie było już zmęczone alkoholem, znalazłem coś zupełnie innego. Dwie małe, piękne buteleczki z serii Serum z Panamy.
- Mamie Serum: Blend starego, ciemnego rumu z nutami kakao, wanilii i toffi. Prawie jak płynna czekolada.
- Coqueta Serum: Tutaj działo się więcej! Wanilia i cynamon, ale z „touch of chilli” (szczyptą chili).
To nie była typowa degustacja whisky, ale pokaz tego, jak szeroki jest świat wysokoprocentowych trunków. Od lwowskiej pomarańczy, przez szkocki torf, aż po panamskie chili – Warszawa smakowała wybornie!

Podsumowując ten festiwalowy maraton, nasuwa się jedno pytanie: dlaczego w ogóle warto brać udział w takich wydarzeniach?
Z perspektywy uczestnika i pasjonata, degustacje to niepowtarzalna okazja do edukacji. Żaden opis na etykiecie, nawet ten najbardziej poetycki, nie zastąpi pierwszego kontaktu z aromatem i smakiem. Tylko tutaj możesz porównać obok siebie 15- i 18-letniego Tullibardine czy spróbować rzadkiej edycji z japońskiej beczki, zanim zdecydujesz się na zakup całej butelki. To też świetna okazja do spotkania ludzi z podobną pasją i wymiany opinii.
Z punktu widzenia sprzedawcy, obecność na takim festiwalu to absolutna podstawa. W naszej pracy nie sprzedajemy po prostu „płynu w butelce” – sprzedajemy historię, region, technologię i emocje.
A Wy co byście wybrali na start?